W czerwcu 2009 roku, gdy mieszkaliśmy jeszcze w Niemczech poszłam do lekarza z bólami nóg. Miałam nadzieję że dostanę oprócz słów "musi pani schudnąć", jakiś krem... Lekarz stwierdził że musi mi zrobić badania na cukier... Cukier? No co on, zwariował? Tym bardziej że wcześniej był u niego mój mąż i też miał zrobione te badania i pomimo dobrego wyniku cukru w organizmie lekarz starał mu narzucić lekarstwa przeciw cukrzycowe na podstawie tego iż mój mąż miał wtedy kłopoty z węchem, smakiem i bardzo suchą i podrażnioną skórę...
Więc gdy ja to usłyszałam, nie przejęłam się tym. Rano na czczo pojechałam na badanie (wykonywane w gabinecie lekarskim, tylko mocz na badanie wysyłali do laboratorium), po trzech dniach poszłam na ponowną wizytę i słyszę "cukrzyca". Ale ja? Ale dlaczego? Nie, na pewno lekarz się myli... ja wtedy piłam ogromne ilości coca-coli "więc to na pewno stąd te wyniki" - myślałam sobie...
Ponowne badanie, starałam się nic nie pić słodkiego,skusiła mnie czekolada... znowu to samo... A tu jeszcze okazało się że mąż dostał pracę w Holandii, więc odnowienie mieszkania (pomalowanie na biało), spakowanie się, przewóz, itd. i wszystko na mojej głowie gdyż mąż miał raptem dwa tygodnie między starą pracą a obecną gdzie jeszcze w międzyczasie jeździł załatwiał sprawy do nowej pracy, razem szukaliśmy mieszkania i szkoły dla córki... A tak na prawdę to wszystko były wymówki by odsunąć od siebie tę myśl... tyle że odstawiłam colę... w końcu tyle mi już napsuła
że choć to zrobiłam dla siebie.
Nowe życie w Holandii oznaczało oczekiwania na załatwienie nowego ubezpieczenia, potem oczekiwanie na karty zdrowia, poszukiwanie lekarza i w końcu w listopadzie mieliśmy pierwszą, rodzinną, zapoznawczą wizytę.Od razu powiedzieliśmy co i jak,mąż dostał zalecenie zgłoszenia się jak zrzuci wagę a ja skierowanie na badania do laboratorium. Badanie które niestety potwierdziło to, co tak bardzo nie chciałam usłyszeć... cukrzyca...
Jestem cukrzykiem typu 2, czyli z cukrzycą nabytą, na tabletkach (o tyle szczęście) - wyznanie to brzmi dla mnie jak powitanie anonimowych alkoholików na spotkaniach... ale oni mają tyle lepiej że mają takie spotkania, że mają wsparcie ludzi wiedzących przez co przechodzą... Ja mam tylko lekarzy którzy dziwnie do tego podchodzą...
Mój lekarz rodzinny do tej pory dawał mi co miesiąc skierowanie do laboratorium na badanie cukru na czczo i hemoglobiny (HbA1c), dzisiaj dowiedziałam się że moje wyniki są coraz lepsze więc następne skierowanie mam dopiero na maju.
W Polsce i w Niemczech cukrzyk dostaje glukometr gdzie bada się po każdym posiłku,
tutaj lekarz stwierdza: "po co pani, żeby się pani stresowała?", szok... Tym bardziej że w książkach które dostałam od mamy pisze że glukometry to był krok milowy w leczeniu cukrzycy, że dzięki temu iż każdy chory może kontrolować co mu szkodzi a co nie, chorzy żyją dłużej i lepiej... ciekawe... Teraz pozostaje pytanie czy wobec tego medycyna w Holandii jest "do przodu" twierdząc że choremu to niepotrzebne? Może chodzi o oszczędność kas chorych? Choć z drugiej strony ubezpieczenie zdrowotne każdy w tym kraju musi sobie sam opłacać, z tego co netto dostaje na wypłatę, nie tak jak w Polsce i w Niemczech że tego nie odczuwamy bo idzie to z różnicy zarobku naszego zarobku między brutto (czyli zarobku z ubezpieczeniami, jakimiś innymi składkami i podatkiem) a tego co dostajemy na konto (netto). W dodatku są to wysokie składki których kwota jest uzależniona od rodzaju ubezpieczenia (podstawowe, najtańsze ubezpieczenie to wydatek najmniej 90 euro za osobę (dzieci są ubezpieczone za darmo) miesięcznie i obejmuje naprawdę tylko podstawową opiekę lekarską, nawet ubezpieczenie dentystyczne trzeba opłacać dodatkowo); więc to chyba sprawa każdego z nas czy stać nas czy nie na to? Pozostaje więc chyba jednak rewolucja w medycynie ;)Pożyjemy (albo i nie) - zobaczymy (albo i nie ;) ).
W każdym razie mam wyniki coraz lepsze to chyba jakoś daję sobie radę bez glukometru, choć z drugiej strony łatwiej było by mi było gdyby mnie wyniki straszyły po tym jak nagrzeszę i zjem to co zjeść nie powinnam ;)
Ktoś zapytałby czemu nie kupię sobie glukometru... otóż kupiłam... taki jak był w aptece, kosztował tylko 10 euro, ale już sensory (paski) do niego kosztują 65 euro za 50 sztuk... nie zapytałam w dniu zakupu, zachęcona tym że niska cena i ze w końcu będę mieć ten magiczny sprzęt. Cóż... nie pomyślałam że niską cenę glukometru zrekompensują sobie wysoką ceną innych rzeczy, a niby handlowiec z wykształcenia jestem, ech.
I tym optymistycznym akcentem zakończę dzisiejszy monolog, szczęśliwa jednak że jest lepiej niż gorzej ;)
Jest to blog Sylwii, czyli mój. Mieszkam w Holandii, mało aktywna jestem, ale blog to takie miejsce które ratuje moją pamięć...Gdyby dało się pamięć wymienić - byłabym chyba pierwsza w kolejce, bo moja jest beznadziejna.. Dlatego opisuję sobie gdzie byłam żeby kiedyś zobaczyć ile cudownych miejsc zwiedziłam :) Zapraszam do poznania mojego świata.
czwartek, 25 lutego 2010
niedziela, 21 lutego 2010
Sklepowe podziemie
Mąż dostał w pracy namiary na "super sklep z odzieżą" gdzie wejście jest zarezerwowane tylko dla pracowników wybranych firm branży IT. Koledzy mówili że są tam ubrania z poprzednich sezonów, sporo tańsze niż w sklepach.
We mnie, klasycznej kobiecie obudził się zew łowów, jak zawsze gdy słyszę że coś super można kupić taniej ;)
I niestety tym razem okazało się że mity o czymś ekstra za małe pieniądze pozostają dalej mitami.
Zaczniemy od tego w jaki sposób tam trafić, adresu ani konkretnych namiarów nie podam gdyż nie wiem czy w ogóle mogę. Mąż dostał maila gdzie była mapka jak tam trafić, z napisaną ulicą główną (na tej mapce), ale bez konkretnego adresu, ani nawet numeru telefonu. No ale nic, jedziemy pociągiem to poradzimy sobie. Trafiliśmy w końcu na tą ulicę z mapki i szukamy trzecią ulicę od ronda. Tylko czy te malutkie wjazdy między bloki się też liczą czy raczej nie? Okazało się że się liczą. Sklep (ciężko go w sumie tak nazwać), nie oznaczony z zewnątrz żadnym znakiem że to w ogóle tutaj, znaleźliśmy go tylko dlatego iż staliśmy koło klatki (tak, dobrze piszę, znajdował się w niskim bloku) gdzie wchodzili akurat ludzie, i nad piwnicą był znak sklepu. Tak, w piwnicy.
Sklep okazał się magazynem firmy G-star Raw, na wejściu klientów wita ochrona, sprawdza czy mamy prawo wejścia, każe torbę i torebki zapakować do szafki, podbija wejściówkę którą trzeba oddać przy kasie.
Na półkach leży narzucanych pełno spodni dżinsowych, raczej w takim modnym stylu: z dziurami, poobcieranymi, itp. No akurat nie w naszym stylu... w rozmiarówce też nie. No nic, planowaliśmy spodnie dla męża, ale on preferuje styl prosty, bez takich udziwnień. Przegląd swetrów okazał się już lepszy, wzięliśmy cztery dla męża do przymierzalni i pomimo tego że swetry były rozmiaru XXL a mój mąż jest z brzuszkiem ale jeszcze nie jest najgrubszy, idealny dla niego okazał się jeden sweter. Choć tyle. No i jeśli chodzi o sprawy zakupów dla męża, to się na tym skończyło bo bluzy były robione z takiego materiału że na polskim targu od chińczyka lepsze kupimy (może w praniu są trwalsze, nie wiem... nie zdecydowaliśmy się kupić).
Teraz mając za sobą małżeński obowiązek dbania o męża, poszłam na damskie ubrania z zamiarem kupienia sobie cokolwiek ładnego a już najbardziej kurtki. Ja również jestem z tych co jest mnie raczej więcej niż mniej, więc widząc że rozmiary damskie kończą się na XL cieszyłam się że cokolwiek większego jest. Podchodząc jednak do wieszaków z takim rozmiarem widziałam kobiety szczupłe które tam przeglądały odzież i już zwątpiłam... po przeglądzie zawartości wieszaków wiedziałam że ich XL daleko odbiega od mojego :(
Ubrań dla dzieci w ogóle nie mieli, więc i córka zawiedziona, ale co zrobić...
Wyszliśmy ze swetrem za 35 euro, który wg. oryginalnej metki przedtem kosztował 99,90 euroków.
Podsumowując: nie rozumiem tego chowania się po piwnicach, kart wstępu tylko dla wybrańców ;) skoro ubrania w takich samych przecenach można kupić co najmniej dwa razy w roku na koniec sezonu letniego i zimowego.
Prawdą jest że może jakbyśmy się ubierali w tym stylu lub być może jakbyśmy byli dużo szczuplejsi to być może nasza reakcja była by inna, w końcu Ci inni ludzie wyglądali tam jakby byli w gorączce zakupów... nie wiem... wiem jednak że tam już nie pojedziemy, wolę tradycyjne sklepy.
Koniec końców zostałam bez kurtki... a to oznacza poniedziałkowe polowanie po sklepach - to tak na poprawę nastroju ;)
We mnie, klasycznej kobiecie obudził się zew łowów, jak zawsze gdy słyszę że coś super można kupić taniej ;)
I niestety tym razem okazało się że mity o czymś ekstra za małe pieniądze pozostają dalej mitami.
Zaczniemy od tego w jaki sposób tam trafić, adresu ani konkretnych namiarów nie podam gdyż nie wiem czy w ogóle mogę. Mąż dostał maila gdzie była mapka jak tam trafić, z napisaną ulicą główną (na tej mapce), ale bez konkretnego adresu, ani nawet numeru telefonu. No ale nic, jedziemy pociągiem to poradzimy sobie. Trafiliśmy w końcu na tą ulicę z mapki i szukamy trzecią ulicę od ronda. Tylko czy te malutkie wjazdy między bloki się też liczą czy raczej nie? Okazało się że się liczą. Sklep (ciężko go w sumie tak nazwać), nie oznaczony z zewnątrz żadnym znakiem że to w ogóle tutaj, znaleźliśmy go tylko dlatego iż staliśmy koło klatki (tak, dobrze piszę, znajdował się w niskim bloku) gdzie wchodzili akurat ludzie, i nad piwnicą był znak sklepu. Tak, w piwnicy.
Sklep okazał się magazynem firmy G-star Raw, na wejściu klientów wita ochrona, sprawdza czy mamy prawo wejścia, każe torbę i torebki zapakować do szafki, podbija wejściówkę którą trzeba oddać przy kasie.
Na półkach leży narzucanych pełno spodni dżinsowych, raczej w takim modnym stylu: z dziurami, poobcieranymi, itp. No akurat nie w naszym stylu... w rozmiarówce też nie. No nic, planowaliśmy spodnie dla męża, ale on preferuje styl prosty, bez takich udziwnień. Przegląd swetrów okazał się już lepszy, wzięliśmy cztery dla męża do przymierzalni i pomimo tego że swetry były rozmiaru XXL a mój mąż jest z brzuszkiem ale jeszcze nie jest najgrubszy, idealny dla niego okazał się jeden sweter. Choć tyle. No i jeśli chodzi o sprawy zakupów dla męża, to się na tym skończyło bo bluzy były robione z takiego materiału że na polskim targu od chińczyka lepsze kupimy (może w praniu są trwalsze, nie wiem... nie zdecydowaliśmy się kupić).
Teraz mając za sobą małżeński obowiązek dbania o męża, poszłam na damskie ubrania z zamiarem kupienia sobie cokolwiek ładnego a już najbardziej kurtki. Ja również jestem z tych co jest mnie raczej więcej niż mniej, więc widząc że rozmiary damskie kończą się na XL cieszyłam się że cokolwiek większego jest. Podchodząc jednak do wieszaków z takim rozmiarem widziałam kobiety szczupłe które tam przeglądały odzież i już zwątpiłam... po przeglądzie zawartości wieszaków wiedziałam że ich XL daleko odbiega od mojego :(
Ubrań dla dzieci w ogóle nie mieli, więc i córka zawiedziona, ale co zrobić...
Wyszliśmy ze swetrem za 35 euro, który wg. oryginalnej metki przedtem kosztował 99,90 euroków.
Podsumowując: nie rozumiem tego chowania się po piwnicach, kart wstępu tylko dla wybrańców ;) skoro ubrania w takich samych przecenach można kupić co najmniej dwa razy w roku na koniec sezonu letniego i zimowego.
Prawdą jest że może jakbyśmy się ubierali w tym stylu lub być może jakbyśmy byli dużo szczuplejsi to być może nasza reakcja była by inna, w końcu Ci inni ludzie wyglądali tam jakby byli w gorączce zakupów... nie wiem... wiem jednak że tam już nie pojedziemy, wolę tradycyjne sklepy.
Koniec końców zostałam bez kurtki... a to oznacza poniedziałkowe polowanie po sklepach - to tak na poprawę nastroju ;)
sobota, 20 lutego 2010
Nowy wygląd bloga
Chyba każdy na początku swojej twórczości blogowej (zresztą nie tylko), zaczyna od nadania swojemu miejscu w internecie takiego wyglądu który będzie najbardziej pasował i do zawartości jak i do osoby która w tym miejscu się uzewnętrznia. Ja na początku skorzystałam z szablonu który blogger.com daje do wyboru, ale ogólnie ciemny brąz to mi tylko w meblach pasuje... A w końcu blog to nie mebel, prawda?
Znalazłam w końcu szablon który mi pasuje, po wielu próbach dostosowałam go w końcu do mojego gustu, pod zawartość ciężko tu coś dopasować bo chyba by to musiała być jakaś dziwna mieszanka kuchni holenderskiej, niemieckiej i polskiej ;) No nic, jestem kobietą, lubię pastelowe kolory i kwiaty więc mam nadzieję że jeśli ktoś odwiedzi ten mój pamiętniczek to zaaprobuje mój wybór (a może poda jakieś sugestie?)
Znalazłam w końcu szablon który mi pasuje, po wielu próbach dostosowałam go w końcu do mojego gustu, pod zawartość ciężko tu coś dopasować bo chyba by to musiała być jakaś dziwna mieszanka kuchni holenderskiej, niemieckiej i polskiej ;) No nic, jestem kobietą, lubię pastelowe kolory i kwiaty więc mam nadzieję że jeśli ktoś odwiedzi ten mój pamiętniczek to zaaprobuje mój wybór (a może poda jakieś sugestie?)
sobota, 13 lutego 2010
Najlepsze pączki na świecie
W czwartek szukałam pączków w sklepach... nie musiały być jakieś super, ale chciałam normalnych pączków... Po jednym dla każdego z rodzinki... I wiecie co? Nie dość że w Holandii tego święta nie obchodzą to jeszcze pączków nie mają, jedyne jakie znalazłam to donaty, ale to zupełnie nie odpowiadało moim wyobrażeniem o pączkach...
A więc szybka decyzja: wycieczka do sklepu prowadzonego przez Turka po drożdże (świeże, suszone
są i w marketach ale świeżych tam nie uświadczysz, słyszałam że sprzedają też w piekarniach również... ale o krasnoludkach też kiedyś słyszałam i do dziś żadnego nie widziałam ;) ). Drożdże już były.
Szybka wycieczka rowerem do Aldi'ka po resztę składników których brakowało mi do pełni szczęścia, po drodze wizyta w monopolowym po piersiówkę wódki (i to tylko żeby mieć pół kieliszka). Powrót do domu, odczekanie dwóch godzin by składniki (głównie drożdże) nabrały temperatury pokojowej i zabrałam się do pracy. Jako iż czas już mnie troszkę gonił to nie wykrajałam pączki szklanką (ale polecam, zobaczcie u Dorotus jakie piękne jej wyszły), lecz robiłam rękami kulki, położyłam na deskę posypaną i poszłam po córkę do szkoły.
Córka ma szkołę oddaloną o jakieś 2km, nie mierzyłam to może więcej. W każdym razie idę do szkoły jakieś 20 minut, zazwyczaj jestem pod szkołą pierwsza i około 15 minut za wcześnie, powrót z córką to też ponad godzina (samo zebranie się ze szkoły zabiera jej pełno czasu), po drodze jeszcze huśtawka kusi tak że trzeba skorzystać i tak pączki miały dwie godziny koło kaloryfera na rośnięcie... Jeszcze nie jadłam tak dużych pączków :D Aczkolwiek... te pączki to były tak pyszne że nie ma co narzekać że to dużo pracy, że łatwiej kupić i co tak kto wymyśli...Jak zawsze jestem oczarowana przepisami mojej ulubionej blogerki że nagrzeszyłam tej mojej cukrzycy aż 4 razy! Powinnam napisać że już nigdy więcej, ale nie dam rady... to było niesamowite doświadczenie zjeść coś tak dobrego, polecam :)
Przepis podaję za Dorotką, z małą zmianą na połowę składników i bez cytryny, bo zapomniałam kupić więc zrobiłam bez niej (mąż stwirdził że dobrze ;) ). Zdjęcie moje nie jest najpiękniejsze, po piękne musicie się udać tutaj: http://mojewypieki.blox.pl/2006/12/Paczki.html
A więc szybka decyzja: wycieczka do sklepu prowadzonego przez Turka po drożdże (świeże, suszone
są i w marketach ale świeżych tam nie uświadczysz, słyszałam że sprzedają też w piekarniach również... ale o krasnoludkach też kiedyś słyszałam i do dziś żadnego nie widziałam ;) ). Drożdże już były.
Szybka wycieczka rowerem do Aldi'ka po resztę składników których brakowało mi do pełni szczęścia, po drodze wizyta w monopolowym po piersiówkę wódki (i to tylko żeby mieć pół kieliszka). Powrót do domu, odczekanie dwóch godzin by składniki (głównie drożdże) nabrały temperatury pokojowej i zabrałam się do pracy. Jako iż czas już mnie troszkę gonił to nie wykrajałam pączki szklanką (ale polecam, zobaczcie u Dorotus jakie piękne jej wyszły), lecz robiłam rękami kulki, położyłam na deskę posypaną i poszłam po córkę do szkoły.
Córka ma szkołę oddaloną o jakieś 2km, nie mierzyłam to może więcej. W każdym razie idę do szkoły jakieś 20 minut, zazwyczaj jestem pod szkołą pierwsza i około 15 minut za wcześnie, powrót z córką to też ponad godzina (samo zebranie się ze szkoły zabiera jej pełno czasu), po drodze jeszcze huśtawka kusi tak że trzeba skorzystać i tak pączki miały dwie godziny koło kaloryfera na rośnięcie... Jeszcze nie jadłam tak dużych pączków :D Aczkolwiek... te pączki to były tak pyszne że nie ma co narzekać że to dużo pracy, że łatwiej kupić i co tak kto wymyśli...Jak zawsze jestem oczarowana przepisami mojej ulubionej blogerki że nagrzeszyłam tej mojej cukrzycy aż 4 razy! Powinnam napisać że już nigdy więcej, ale nie dam rady... to było niesamowite doświadczenie zjeść coś tak dobrego, polecam :)
Przepis podaję za Dorotką, z małą zmianą na połowę składników i bez cytryny, bo zapomniałam kupić więc zrobiłam bez niej (mąż stwirdził że dobrze ;) ). Zdjęcie moje nie jest najpiękniejsze, po piękne musicie się udać tutaj: http://mojewypieki.blox.pl/2006/12/Paczki.html
Składniki na około 14 - 15 sztuk:
- 500 g mąki pszennej
- 50 g drożdży świeżych
- 65 g cukru
- 250 ml mleka
- 3 żółtka
- 1 całe jajo
- 3 łyżki oliwy
- cukier waniliowy
- Pół kieliszka wódki lub spirytusu
- sól
- tłuszcz do smażenia
- konfitura z róży lub inna
- cukier puder do posypania lub lukier (1 białko wymieszane z 130 g cukru pudru)
Zrobić rozczyn z drożdży roztartych z łyżką cukru, 100 g mąki i ćwierć szklanki mleka, wstawić do piekarnika (nienagrzanego, ale z załączonym światłem) pozostawić do wyrośnięcia. Pozostałą mąkę przesiać. Utrzeć jajo i żółtka z cukrem, dodać mąkę, wyrośnięty rozczyn, cukier waniliowy, resztę mleka, szczyptę soli i spirytus. Wyrabiać mikserem aż ciasto będzie gładkie i lśniące, a na powierzchni ukażą się pęcherzyki i będzie odstawać. Dodać oliwę, jeszcze chwilę wyrobić. Uformować kulę i zostawić w ciepłym miejscu na 10 - 15 minut, gdy zacznie rosnąć wyrobić.Ciasto rozwałkować na grubość około 1 cm, mocno podsypując mąką, by się nie kleiło. Szklanką wykrawać pączki, odłożyć na stolnicę do wyrośnięcia. Nakryć serwetką i pozostawić do wyrośnięcia w ciepłym miejscu. Nadziewać pączki dopiero po usmażeniu, by konfitura nie wyciekała podczas smażenia (szprycą do dekoracji tortów, z długą końcówką).Smażyć w głębokim tłuszczu po obu stronach na złoty kolor, wyjąć, osączyć na bibule, posypać cukrem pudrem lub polać lukrem.
niedziela, 7 lutego 2010
Gołąbki
Gołąbki nie sa trudną potrawą, ale opisze jak zrobić, bo może akurat ktoś jeszcze nie robił i nie wie jak się do tego zabrać. Pamiętam moje początki... Nie... lepiej tego tu nie opisywać ;)
Potrzebujemy (u mnie obiad jest na trzy osoby)
1 x średnią główkę kapusty białej, jeśli ktoś lubi kapustę włoską to można nią zastąpić białą kapustę
400 g mięsa mielonego (jakie lubimy, ja używam mieszanego)
1 torebka ryżu to będzie około 125 g
1 średniej wielkości cebula
Ząbek czosnku
Pieprz
Sól
Ewentualnie bulion
Gotujemy ryż. Po ugotowaniu wsypujemy do dużej miski i odkładamy w chłodne miejsce do wystygnięcia.
Kapustę obieramy z pierwszych, wierzchnich liści, wykrawamy głąba i wkładamy do dużego garna i gotujemy, przewracamy w trakcie gotowania.
Gdy po zagotowaniu liście będą miękkie przy pomocy widelca ściągamy dwie, trzy partie górnych liści. Znowu troszkę podgotowujemy i znowu ściągamy miękkie liście.
Z liści tych odcinamy nerw (te grube na zewnętrznej części liścia).
Jeśli zdecydowałeś się na kapustę włoską to liście ściągamy z nieugotowanej kapusty, wkładamy do wrzątku i gotujemy około 5 minut.
Mięso mielone mieszamy z ryżem, dodajemy drobno pokrojoną cebulę i czosnek, doprawiamy solą i pieprzem, porządnie mieszamy.
Tak przygotowany farsz nakładamy do liści kapusty i zwijamy, czyli boczne liście do środka i zawijamy ala roladka.
Na spód dużego garnka wykładamy jedną warstwę liści, które nam zostały, na to ciasno układamy gołąbki.
Na samą górę również układamy część pozostałych liści.
Gdy garnek będzie maksymalnie zapełniony do 3/4 wysokości, wlewamy wodę została z gotowania kapusty lub bulion. Tak mniej więcej do wysokości gołąbków, ale nie tak żeby je przykrywało.
Gotujemy około półtora godziny, pilnując by nie wyparowała nam całkiem woda lub bulion, w miarę potrzeby uzupełniamy.
Podajemy z sosem pomidorowym.
Potrzebujemy (u mnie obiad jest na trzy osoby)
1 x średnią główkę kapusty białej, jeśli ktoś lubi kapustę włoską to można nią zastąpić białą kapustę
400 g mięsa mielonego (jakie lubimy, ja używam mieszanego)
1 torebka ryżu to będzie około 125 g
1 średniej wielkości cebula
Ząbek czosnku
Pieprz
Sól
Ewentualnie bulion
Gotujemy ryż. Po ugotowaniu wsypujemy do dużej miski i odkładamy w chłodne miejsce do wystygnięcia.
Kapustę obieramy z pierwszych, wierzchnich liści, wykrawamy głąba i wkładamy do dużego garna i gotujemy, przewracamy w trakcie gotowania.
Gdy po zagotowaniu liście będą miękkie przy pomocy widelca ściągamy dwie, trzy partie górnych liści. Znowu troszkę podgotowujemy i znowu ściągamy miękkie liście.
Z liści tych odcinamy nerw (te grube na zewnętrznej części liścia).
Jeśli zdecydowałeś się na kapustę włoską to liście ściągamy z nieugotowanej kapusty, wkładamy do wrzątku i gotujemy około 5 minut.
Mięso mielone mieszamy z ryżem, dodajemy drobno pokrojoną cebulę i czosnek, doprawiamy solą i pieprzem, porządnie mieszamy.
Tak przygotowany farsz nakładamy do liści kapusty i zwijamy, czyli boczne liście do środka i zawijamy ala roladka.
Na spód dużego garnka wykładamy jedną warstwę liści, które nam zostały, na to ciasno układamy gołąbki.
Na samą górę również układamy część pozostałych liści.
Gdy garnek będzie maksymalnie zapełniony do 3/4 wysokości, wlewamy wodę została z gotowania kapusty lub bulion. Tak mniej więcej do wysokości gołąbków, ale nie tak żeby je przykrywało.
Gotujemy około półtora godziny, pilnując by nie wyparowała nam całkiem woda lub bulion, w miarę potrzeby uzupełniamy.
Podajemy z sosem pomidorowym.
sobota, 6 lutego 2010
Blogi.
I jak co roku jest wybierany blok roku. Jak dla mnie jest to świetna okazja by odkryć nowe,świetne blogi oraz by oddać swój głos na mój ulubiony. Jak już pisałam uwielbiam Moje wypieki i też na ten blog głosowałam i zachęcam wszystkich do tego samego :)
Strona głosowania jest tutaj: http://www.wiadomosci24.pl/zgloszone_blogi/1,3,tr.html podaję od pierwszej strony tak żeby i ktoś z czytelników tego bloga miał szansę zobaczyć jak ludzie świetnie potrafią opisywać swoje pasje, aż do pozazdroszczenia :) Mój ulubieniec jest na stronie 10, także zachęcam by przejrzeć całą listę.
A moje nowo odkryte blogi to designerski ilikedesign.blox.pl i nitkowo.blogspot.com oraz idąc dalej linkami zamieszczonymi na tym pierwszym: www.pickles.no i colormekatie.blogspot.com. Nitkowo bo mam nadzieję kiedyś nauczyć się szyć na maszynie do szycia a ilike desing chyba dlatego iż mój dom ciągle jest w remoncie... Już mówiłam kiedyś mężowi że jak skończymy remont to na pewno trzeba będzie się wyprowadzić ;) Ale jakby nie było, kto z nas nie marzy o pięknym i przytulnym wnętrzu w którym będziemy czuć się naprawdę dobrze? :)
Strona głosowania jest tutaj: http://www.wiadomosci24.pl/zgloszone_blogi/1,3,tr.html podaję od pierwszej strony tak żeby i ktoś z czytelników tego bloga miał szansę zobaczyć jak ludzie świetnie potrafią opisywać swoje pasje, aż do pozazdroszczenia :) Mój ulubieniec jest na stronie 10, także zachęcam by przejrzeć całą listę.
A moje nowo odkryte blogi to designerski ilikedesign.blox.pl i nitkowo.blogspot.com oraz idąc dalej linkami zamieszczonymi na tym pierwszym: www.pickles.no i colormekatie.blogspot.com. Nitkowo bo mam nadzieję kiedyś nauczyć się szyć na maszynie do szycia a ilike desing chyba dlatego iż mój dom ciągle jest w remoncie... Już mówiłam kiedyś mężowi że jak skończymy remont to na pewno trzeba będzie się wyprowadzić ;) Ale jakby nie było, kto z nas nie marzy o pięknym i przytulnym wnętrzu w którym będziemy czuć się naprawdę dobrze? :)
Szkoda...
...że nie ma czegoś co zapisywało by nasze myśli, coś jak dyktafon czyli oczywiście kiedy chcemy a nie cały czas :) O, np. dzisiaj... sprzątam sobie te moje trzy piętra, w sumie 140 metrów kwadratowych i mam taki natłok mysli i pomysłów że chętnie zatrzymałabym je na dłużej, ale wystarczy że usiądę do laptopa i już mam pustkę jak u przysłowiowej blondynki. A w końcu szatynką jestem ;)
W Holandii właśnie takie jest najpopularniejsze budownictwo, czyli domki szeregowe. Wąskie i wysokie. Na każdym piętrze jeden - dwa pokoje. My podzieliliśmy jeden długi pokój na dwa węższe bo i ciężko sensownie zagospodarować taki długaśny pokój i zawsze to więcej takiej bardziej prywatnej przestrzeni dla siebie.
W ogóle to nasz dom projektował ktoś o dziwnym poczuciu humoru, pralnie mamy na samej górze... Okna są duże, ale tylko jedno malutkie w każdym pokoju się otwiera, więc żeby umyć okna z zewnątrz trzeba zamawiać firmę zajmującą się właśnie myciem okien. Gdzie ja tam jeszcze niedawno bym pomyślała że ktoś mi okna będzie myć, szkoda że tylko na zewnątrz ;)
Tak wygląda ulica na której mieszkam:
W Holandii właśnie takie jest najpopularniejsze budownictwo, czyli domki szeregowe. Wąskie i wysokie. Na każdym piętrze jeden - dwa pokoje. My podzieliliśmy jeden długi pokój na dwa węższe bo i ciężko sensownie zagospodarować taki długaśny pokój i zawsze to więcej takiej bardziej prywatnej przestrzeni dla siebie.
W ogóle to nasz dom projektował ktoś o dziwnym poczuciu humoru, pralnie mamy na samej górze... Okna są duże, ale tylko jedno malutkie w każdym pokoju się otwiera, więc żeby umyć okna z zewnątrz trzeba zamawiać firmę zajmującą się właśnie myciem okien. Gdzie ja tam jeszcze niedawno bym pomyślała że ktoś mi okna będzie myć, szkoda że tylko na zewnątrz ;)
Tak wygląda ulica na której mieszkam:
piątek, 5 lutego 2010
Wczorajsze racuchy
Moim ulubionym blogiem kulinarnym jest blog pisany przez Dorotus76, mieszczący się pod adresem www.mojewypieki.blox.pl Nie raz i nie dwa, zobaczycie na moim blogu wypiek z jej strony. Ma ona w sobie tyle pomysłów, tyle pasji że ciężko przejść obojętnie po przeczytaniu jej wpisów, aż jej tego zazdroszczę :)
Ja w sumie jako osoba na diecie i z cukrzycą nie powinnam nawet na jej bloga zaglądać a co dopiero wypróbowywać jej przepisy, ale nie da się, życie musi mieć jakiś smak, a ja uwielbiam je smakować.
I właśnie ostatnio wstawiając komentarz na jej blogu po wypróbowaniu jej znakomitego sernika krakowskiego zobaczyłam ze ktoś dał komentarz do racuchów drożdzowych W zasadzie nigdy nie jadłam racuchów, raz w dzieciństwie u sąsiadki, ale smaku nie pamiętałam...jakoś tylko mi się kojarzyło że były z kwaśnego mleka a tutaj w przepisie takowe nie występowało, ale sam przepis mnie tak zachęcił że ciężko było przejść obok niego obojętnie :)
Troszkę bałam się że będą ciężkie i tłuste jak placki ziemniaczane które uwielbiam, ale ten tłuszcz...ech... Mimo wszystko spróbowałam. Ciasto zrobiłam przed wyjściem po córkę do szkoły (to w sumie półtora godziny dla ciasta by porządnie wyrosło) i od razu zabrałam się po powrocie do pieczenia.
Na początku wydawało mi się że za grube mi się robiły więc zaczęłam je mocniej łyżką przyciskać do patelni by je spłaszczyć, w czasie jedzenia okazało się że te grubsze jednak są zdecydowanie smaczniejsze :)
U nas jakoś tak jest że mimo iż wszyscy jemy to samo to na inne sposoby: córka z cukrem pudrem, mąż z stroopsyrop (najbardziej porównywalny do syropu klonowego) a ja z dżemem truskawkowym.
Na zdjęciu ostatni dosłownie placuszek, mój właśnie.
Przepis w całości podaję za Dorotką bo nie ma w nim co zmieniać :)
W imieniu swoim i Dorotus76 polecam i życzę smacznego.Składniki:
- 1/2 kg mąki pszennej
- 50 g świeżych drożdży
- szczypta soli
- 1 - 2 łyżki cukru
- 1,5 szklanki letniego mleka
- 1 jajko
Mąkę przesiać do naczynia, dodać szczyptę soli, wymieszać, pośrodku zrobić wgłębienie. Do wgłębienia pokruszyć świeże drożdże, zasypać je cukrem, zalać 1/2 szklanki letniego mleka. Odstawić na 10 - 15 minut. Po tym czasie (gdy rozczyn już jest gotowy), dodać resztę mleka, jajko i wymieszać. Ciasto nie powinno być zbyt rzadkie (ale też nie może być za gęste) - dodać wtedy łyżkę mąki (lub analogicznie - dolać mleka). Odstawić na 1 - 1,5 godziny w ciepłe miejsce do wyrośnięcia (do podwojenia objętości).Przygotować kubek z gorącą wodą. Ciasto nabierać łyżką, za każdym razem maczaną uprzednio w wodzie (by się nie kleiło). Smażyć na rozgrzanym oleju (ale nie może być rozgrzany zbyt mocno - bo lubią się szybko przypalać, a wtedy nie zdążą 'dojść' w środku), z obu stron na złoty kolor.Podawać z konfiturami, lodami, roztopioną czekoladą ... jak lubicie :-). Jeśli coś zostanie na drugi dzień (jeśli ...), na kilkanaście sekund można włożyć do mikrofali - idealnie to je odświeża, są znów ciepłe, pachnące i miękkie.
poniedziałek, 1 lutego 2010
Zaczynam :)
No więc stało się... zaczynam pisać bloga... nie mojego pierwszego ale może tym razem bardziej systematycznego?
Pytanie zasadnicze: o czym będzie ten blog? Prawda jest taka że jeszcze sama nie wiem do końca...
Może o tym co mnie nurtuje, sprawach dnia codziennego, kulinariach, o Holandii gdzie obecnie mieszkam, porównania do Niemiec gdzie mieszkałam ostatnie 5 lat... nie wiem... przekonamy się co tu się znajdzie :)
Pewnie ktoś kto trafi tu przypadkiem stwierdzi że blog jakich tysiące w internecie... i pewnie będzie miał rację, w końcu blog to taki wirtualny odpowiednik pamiętnika i tylko od nas zależy co w nim napiszemy nie patrząc na to czy komuś się to spodoba.
Pytanie zasadnicze: o czym będzie ten blog? Prawda jest taka że jeszcze sama nie wiem do końca...
Może o tym co mnie nurtuje, sprawach dnia codziennego, kulinariach, o Holandii gdzie obecnie mieszkam, porównania do Niemiec gdzie mieszkałam ostatnie 5 lat... nie wiem... przekonamy się co tu się znajdzie :)
Pewnie ktoś kto trafi tu przypadkiem stwierdzi że blog jakich tysiące w internecie... i pewnie będzie miał rację, w końcu blog to taki wirtualny odpowiednik pamiętnika i tylko od nas zależy co w nim napiszemy nie patrząc na to czy komuś się to spodoba.
Subskrybuj:
Posty (Atom)


