Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Holandia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Holandia. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 27 października 2011

Hutspot - czyli coś z holenderskiej kuchni

Po ponad dwóch latach mieszkania w Holandii zjadłam w końcu coś co jest z tutejszej kuchni, czyli właśnie dzisiejszy hutspot.
Ogólnie tutaj ciężko o narodowe potrawy, gdyż kuchnia jest tak wymieszana smakami innych narodów że nawet rodowici Holendrzy mają problem z tym co jest "holenderskie". Zapytani odpowiedzą: stamppot, hutspot (obie najchętniej z rookworst, czyli tutejszą kiełbasą) i erwtensoep czyli grochówką. Poproszeni o podanie więcej potraw mają już nielada kłopot.
Podchodziłam sceptycznie do tego dania, bo sami przyznacie że wygląda nieciekawie ale smakuje rewelacyjnie :) Wspomniana w poprzednim poście moja wybredna co do warzyw córka (tak, ziemniaki to też jest "bee" warzywo) poprosiła o dokładkę :)


sobota, 18 grudnia 2010

Zima w moim mieście

Polacy mieszkający w Niemczech a pracujący w Holandii parę lat temu mieli zwyczaj żartować z Holendrów jeśli spadł w tym kraju śnieg. Najczęściej powtarzali coś w stylu: "Holendrzy wekują śnieg w słoikach by mieć na dłużej" (w sensie że tak rzadko tu są opady białego puchu) lub "Śnieg spadł, Holendrzy porzucają samochody na poboczu ulic i wariują ze szczęścia" ;) Pewnie było tego więcej ale w tej chwili nie umiem sobie przypomnieć.

W każdym razie mieszkam w Holandii półtora roku, to moja druga tutaj zima i obie z obfitymi opadami, nie takimi jak w Polsce ale jednak jak na warunki mojej emigracji (a mieszkam poza ojczyzną już ponad sześć lat) to i tak obfite. Radość dla dzieci i fotografów amatorów ;) utrapienie dla dorosłych nie lubujących się w robieniu zdjęć :) Ja jednak czasami chwytam za swój sprzęt i jakieś tam próby sfotografowania tych pięknych chwil robię.

Mały model ;)


Wszyscy kochamy robić fotki pani zimie :)


Po co kupować sól do chodników skoro stoi za darmo? ;)


Tak ładnie odśnieżyli nam drogi ;)


Jak zawsze wiatrak który mijam po drodze (co to za zdjęcia Holandii bez wiatraka ;) )




czwartek, 9 grudnia 2010

Święta przed nami...

A to oznacza wypisywanie całej masy kartek świątecznych... U córki w szkole już zaczęli sobie wręczać więc na jej prośbę wczoraj wypisaliśmy dla jej koleżanek i kolegów, a jak już zaczęliśmy to przecież wypada napisać też dla wychowawcy i dwóch pań co mają z nimi raz w tygodniu zajęcia, i dla pana dyrektora, i dla pana woźnego. A skoro piszemy to od razu dla sąsiadów (i to nie tylko tych z którymi sąsiadują nasze drzwi... w Holandii pisze się dla wszystkich z danej ulicy, przynajmniej o ile ta ulica jest taka mała jak moja i sąsiadów ma się góra 20...), no a skoro już tyle wypisaliśmy to dla rodziny i znajomych z Holandii, Niemiec i Polski też zrobimy przy okazji... Po podliczeniu okazało się że wypisałam z pomocą córki 63 karty świąteczne... To dlatego tak mnie potem ręka bolała ;)
Miałyśmy jeszcze ozdabiać lukrem nasze pierniczki ale brakło czasu i już chęci... przekładamy to na weekend :) Będzie rodzinne zdobienie, czyli jak zawsze świetna zabawa :)

wtorek, 5 października 2010

Mini zoo i plac zabaw w moim mieście

Z tego co zobaczyłam to w Holandii są w miastach robione takie mini zoo. W mieście gdzie mieszkałam w Niemczech nie było, ale było niedaleko w Weeze więc często tam bywaliśmy. Nawet w moim rodzimym Raciborzu mieliśmy takie mini zoo w lesie, bardzo lubiłam tam jeździć i zawsze dziwiłam się czemu jest tak mało popularne.

W każdym razie w okolicy gdzie mieszkam nie ma tak naprawdę fajnego placu zabaw, najlepszy jest właśnie w tym mini zoo, a już całkiem najfajniejsze jest to że dzieci mają na wyciągnięcie ręki domowe zwierzątka i wśród nich się bawią, taki kawałek wsi dla mieszczuchów :)
Takie malutkie zoo jest darmowe i można w nim przybywać w zasadzie przez cały dzień w godzinach otwarcia (do 16:30), jeśli jesteś z Hoofddorp'u to polecam to miejsce :)
Jeśli jesteś z innego miasta to poszukaj czy w parku lub w lesie w Twojej okolicy nie ma czegoś podobnego bo dla dzieci to raj zabaw :)



niedziela, 3 października 2010

Ciekawa sprawa z nazwiskami w NL

Już od jakiegoś czasu obserwuję nazwiska w znanych mi Holenderskich rodzinach. A to dlatego iż kobieta po ślubie nadal ma nazwisko panieńskie i albo dopisuje do niego nazwisko męża albo zostaje tylko to "pierwsze". Aczkolwiek bardziej zaciekawiła mnie pierwsza sytuacja gdyż o ile w Polsce kobieta zdecyduje się na taki krok i ma wtedy pisane najpierw panieńskie a potem męża to tu odwrotnie.
Może łatwiej będzie pokazać to na przykładzie wymyślonej przeze mnie Polki Anny o nazwisku Nowak która wyszła za mąż za pana o nazwisku Kempen. Wg. naszego polskiego prawa nazywała by się ona po ślubie (chcąc zatrzymać panieńskie nazwisko oczywiście) Anna Nowak-Kempen a w Holandii pisze się: Anna Kempen-Nowak. Ciężko przywyknąć prawda?

Nie wiem czy z przyzwyczajenie czy z innych względów robią to samo z moim nazwiskiem choć ja mam tylko jedno, po mężu... Ale właśnie często piszą moje panieńskie nazwisko też, i tak gdy mnie pierwszy raz zawołano na badanie USG po panieńskim nazwisku to nie zareagowałam, w końcu ja już nie noszę tego nazwiska.

W każdym razie czytałam w internecie że takie nadawanie nazwisk jest o tyle prostsze że w razie rozwodu jest mniej problemów z dokumentami.

niedziela, 26 września 2010

Festiwal latawców w Scheveningen

Jako iż w końcu dorobiliśmy się czterech kółek i tego wszystkiego co z tym związane (wiecie: karoseria, silnik, fotele, rachunki ;) ) to mój mąż ma motywację by nas z domu wyciągnąć, a proszę mi uwierzyć że nie jest lekko gdyż my jesteśmy takie kury domowe jak to nazywa nas ;)
Wprawdzie rano pogoda nie była zbyt zachęcająca by gdzieś się wybierać mimo wszystko zaryzykowaliśmy wyprawę do Scheveningen by pooglądać 32 Mascotte Vliegerfestival, czyli 32 festiwal latawców (firma Mascotte to organizator).
Pogoda po godzinie 15 zrobiła się dużo ładniejsza i w końcu można było nacisnąć parę razy spust migawki by zrobić jakieś zdjęcia ;)

Po kliknięciu na zdjęcie w nowym oknie/nowej karcie pojawi się większe zdjęcie. 

Moje dziecko uwielbia wszystko w kształcie smoka więc zaczynamy od takiego latawca:




wtorek, 7 września 2010

Nasza wizyta w Efteling Park w Holandii

Efteling Park to taki park rozrywki ala Move Park w Niemczech (w którym nigdy nie byłam, jeszcze ;) ).

Pierwsze po wejściu była kolejka Bob to taka jazda jak na bobslejach tylko że z kółkami. Ja nie wiem co mi odbiło że na to poszłam wbrew sobie i dziecku ale poszłam... Moja pierwsza i ostatnia przejażdżka na czymś takim ;) Mąż zaliczył wszystkie jazdy na kolejkach jakie po drodze mijaliśmy. 
Chyba dobrze to tłumaczę... Po angielsku "Rollercoaster" po niemiecku "Achterbana" to po polsku "Kolejka"?
Atrakcji było tyle że nie zdążyliśmy wszystkich zwiedzić a z tych co widzieliśmy wybrałam te najbardziej udane zdjęcia.

Miłego oglądania :)


Po kliknięciu na zdjęcie będzie można je zobaczyć w troszkę większym rozmiarze niż wyświetla blog.
 

To była druga kolejka, pierwszej nie było jak sfotografować. Czy widzicie tutaj dwa pociągi równocześnie na dwóch, bliskich torach? 
 

środa, 7 lipca 2010

Ramię w ramię czyli Schouder Aan Schouder

Bardzo podobają mi się ostatnio dwie piosenki.

Pierwsza to Holenderska zrobiona chyba specjalnie z myślą o mistrzostwach:




niedziela, 4 lipca 2010

Taaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaka nowina!

Umówiłam się na ostatnią środę z moją lekarką na rozmowę o tym dlaczego tak długo z mężem się staramy i nadal nie mamy drugiego dziecka. Jasne że starania są fajne, no ale wiecie ;)

Ja jestem tym typem co miesiączkę ma bardzo nieregularnie i wychodzę z zasady że do końca każdego miesiąca to się pojawi, jak nie to trzeba zerknąć do kalendarzyka kiedy była ostatnio ;) No i w środę był 30 czerwiec a miesiączki niet, sięgałam po kalendarzyk i liczę że od dnia ostatniej minęło 40 dni... tak długiej przerwy to nawet ja jeszcze nie miałam, najdłuższa była 36 dni. Główkuję tak: "Nie myśl że to ciąża bo skończy się jak zawsze, będziesz już pewna że jesteś i będzie Ci potem przykro, płacz i zgrzytanie zębów. Aczkolwiek idziesz rozmawiać z lekarką o domniemanej niepłodności, więc na wszelki wypadek kup test i sprawdź". Od czasu urodzenia córki to ja już kupiłam tych testów tyle że ciężko było by zliczyć i dlatego troszkę sama byłam sceptycznie do tego nastawiona ale poszłam do sklepu...

wtorek, 29 czerwca 2010

Piłkarskie święto czyli mistrzostwa świata w piłce nożnej

Już za pisanie małymi literkami dostało by mi się pewnie od co niektórych kibiców ;) Nieważne, opiszę troszkę jak wygląda to w moim mieście, czyli w Hoofddorp'ie :)

niedziela, 9 maja 2010

09 maja - Dzień Matki w Holandii

W Polsce jak wszyscy wiemy Dzień Matki jest 26 maja, w Niemczech 11 maja a w tym roku* w Holandii 9 maja, czyli dzisiaj :)
Moja kochana córeczka razem z całą swoją klasą przygotowała przed feriami (od 30 kwietnia do 9 maja) cudownie piękne pudełko na drobiazgi dla mamusi :) Plus piękna kolorowanka, uwielbiam jak używa dużo kolorów :) Do tego piękny list, napisany po holendersku ale z końcówką "Od Twoja Julcia", nie całkiem poprawnie ale czy to nie tym bardziej rozkoszne? Przecież ona w szkole nie uczy się naszego języka, troszkę w domu czyta po polsku (i po niemiecku) ale do tej pory nie pisze w naszym języku, więc ona pisze wszystko fonetycznie :) Aczkolwiek ma dopiero7 lat i od niedawna uczy się tutejszego języka dlatego nie chcę jej mieszać w głowie, poczekam aż będzie choć rok starsza :)
 Na zdjęciu moja nowa szkatułka na biżuterię.
*z tego co doczytałam to w Holandii to święto jest ruchome i wypada zawsze w drugą niedzielę maja.

środa, 5 maja 2010

30 Kwietnia - Dzień Królowej

Troszkę spóźniony ten wpis ale najpierw muszę przeżyć coś sama żeby móc o tym pisać, a w końcu to było moje pierwsze takie święto. Uroczystości w moim mieście jakiś nie było, u nas wykorzystywali ten czas na sprzedaż zaległości domowych.W tym dniu każdy może sprzedawać wszystko bez płacenia podatków. Nie wiem oczywiście jak to jest z tymi co mają działalność handlową. Ale czy to ważne? Dla mnie najważniejsze było to że można było połazić wśród staroci, pogrzebać i pooglądać co też Ci ludzie mieli na strychu.
W Niemczech gdzie mieszkałam były takie targi co miesiąc od marca (jeśli pogoda pozwala, jeśli nie to od kwietnia) do września.Uwielbiałam te starocie, strasznie mi tego brakowało.
Zrobiłam parę zdjęć gdy to się zaczęło, ale chwilkę potem było tyle ludzi że tylko tłum mam na zdjęciach... Pokażę tylko jak to wyglądało...

niedziela, 25 kwietnia 2010

Ech... szkoda słów... Czyli skutki szczepienia.

Po ostatnim szczepienie wieczorem ręce mojej córeczki były w plamy, ale pomyślałam że poczekam, może się to do jutra (czyli do środy) poprawi. W środę wystąpiła gorączka i plamki zlały się w jedna plamę.



środa, 21 kwietnia 2010

Szczepienie dzieci w Holandii.

Jak wygląda szczepienie dzieci w Polsce wiemy: idziemy do lekarza dziecięcego gdzie dostajemy informacje kiedy jakie szczepienie powinno się odbyć. Szczepienia są obowiązkowe i nie przypilnowanie tego obowiązku teoretycznie jest karane (aczkolwiek nie wiem jak). W Niemczech jest podobnie, przepisano mi z polskiej książeczki szczepień córki te szczepienia które już miała i dostałam termin kiedy i jakie będzie następne. Gdy wyjeżdżaliśmy z Niemiec córka miała bez jednego miesiąca 7 lat i następne szczepienie miała mieć dopiero w wieku 9 lat.

wtorek, 20 kwietnia 2010

Pierwsza Komunia Święta w Holandii

Chcę by nasza córka za rok przyjęła sakrament I Komunii Świętej. Nie jesteśmy jacyś super wierzący, ale uważam że wiara pozwoliła mi w życiu parę błędów uniknąć i najważniejsze co dla mnie się liczy: dobrze wiedzieć że ktoś nad nami czuwa.
Z tego powodu pogoniłam w ostatnią niedzielę rodzinę rano z łóżka by być na tej uroczystości, w końcu za rok już będę mamą komunijnego dziecka i muszę wiedzieć jak to tutaj wygląda :) Zdziwienie moje było ogromne... Ale po kolei.

Przed wejściem do kościoła dzieci były ustawione parami i w zasadzie nie wyglądały na dzieci komunijne... Były ubrane w zasadzie jak na normalną mszę niedzielną, w sumie jak na tutejsze warunki to może bardziej starannie. Była tylko jedna dziewczynka w stroju podobnym do naszego komunijnego (długa sukienka i bolerko) ale był to bardziej strój karnawałowy księżniczki... w dodatku różowy. Dwie siostry były ubrane na biało, ale zupełnie normalne, jedna dziewczynka azjatyckiego pochodzenia była ubrana w sukienkę i getry typowo azjatyckie no i chłopcy ubrani w kamizelki (dwóch) i elegantsze ubrania. Żadnych sukienek komunijnych, żadnych garniturów, żadnych alb.
Dzieci weszły do kościoła ze świeczkami które ustawiły w specjalnie przygotowanym miejscu. Wszystkie usiadły na podwyższeniu przed ołtarzem (coś jak miejsca dla ministrantów), nie w ławkach. Ławki za to były opisane która rodzina gdzie siada a goście siadali w pozostałych.
Msza była w zasadzie normalna, poza tym ze trwała dwie godziny. Była żartobliwa i ksiądz wciągał dzieci do uczestnictwa.
Jako iż w tym dniu był pogrzeb polskiej pary prezydenckiej, ksiądz nie zapomniał o tym wspomnieć... Troszkę było mi dziwnie bo to dwie sprzeczne uroczystości...
Co jeszcze.... Opłatek... Pierwszy opłatek komunijne dzieci dostały z Hostii która w czasie mszy zamienia się w ciało Jezusa, ksiądz połamał na tyle części ile było dzieci i to właśnie była ich pierwsza komunia święta :)
Warto przy tym wspomnieć że tu w Holandii, ale również w Niemczech opłatek dostaje się do ręki, nie na język jak w Polsce, osobiście bardzo mi się ten zwyczaj podoba.

Przed końcem mszy dzieci wyszły z kościoła i wchodziły gdy lektor czytał jakie dary i dlaczego te dzieci składają. (Postaram się jutro uzupełnić wpis co to za dary były, gdyż mam na dole w kuchnii książeczkę z mszy.)
Potem przed wyjściem z kościoła dzieci otrzymały białe i żółte balony które były dekoracją ołtarza i po okrzykach "hip hip, hurra!" na zewnątrz kościoła, wypuściły je do nieba. Pięknie to wyglądało i żałowałam że nie wzięłam aparatu.

W ogóle cała msza była świetnie zorganizowana, były zrobione i odbite na ksero książeczki gdzie msza była opisana krok po kroku, z tym co się modliło, śpiewało, co które dziecko mówiło i mimo tego iż nie rozumiemy języka mogliśmy choć częściowo brać udział w mszy świętej dzięki tej pomocy.

Podsumowują: wolałabym żeby jednak to wydarzenie było bardziej eleganckie jak u nas, w Polsce, ale z drugiej strony te dzieci są bardziej nastawione na aspekt duchowy, prezenty są symboliczne, tak żeby nie przysłaniać tego co w tym wszystkim jest najważniejsze.

poniedziałek, 1 marca 2010

Kawałek Haarlem'u

Wybrałam się z córką do polskiego sklepu w Haarlemie. Jako iż skarb mój siedmioletni, nieprzyzwyczajony jest do dłuższych spacerów, widoki też jej nie mobilizują do zwiedzania to niedużo zobaczyliśmy, ale co ciekawsze budowle sfotografowałam, może jeszcze komuś się spodobają :)
Jako iż nauka fotografowania idzie mi ciężko to chętnie usłyszę wskazówki co do wykonywania lepszych zdjęć.

A wracając do tematu... co ja mogę powiedzieć od siebie o tym mieście? Mają brzydki dworzec autobusowy, stary i zaniedbany. Dworzec kolejowy jest stary, ale ma w sobie jakiś urok.

Przy dworcu kilka dużych rowerowych parkingów, tu zdjęcie jednego koło dworca autobusowego:

czwartek, 25 lutego 2010

Cukrzyk w Holandii

W czerwcu 2009 roku, gdy mieszkaliśmy jeszcze w Niemczech poszłam do lekarza z bólami nóg. Miałam nadzieję że dostanę oprócz słów "musi pani schudnąć", jakiś krem... Lekarz stwierdził że musi mi zrobić badania na cukier... Cukier? No co on, zwariował? Tym bardziej że wcześniej był u niego mój mąż i też miał zrobione te badania i pomimo dobrego wyniku cukru w organizmie lekarz starał mu narzucić lekarstwa przeciw cukrzycowe na podstawie tego iż mój mąż miał wtedy kłopoty z węchem, smakiem i bardzo suchą i podrażnioną skórę...
Więc gdy ja to usłyszałam, nie przejęłam się tym. Rano na czczo pojechałam na badanie (wykonywane w gabinecie lekarskim, tylko mocz na badanie wysyłali do laboratorium), po trzech dniach poszłam na ponowną wizytę i słyszę "cukrzyca". Ale ja? Ale dlaczego? Nie, na pewno lekarz się myli... ja wtedy piłam ogromne ilości coca-coli "więc to na pewno stąd te wyniki" - myślałam sobie...
Ponowne badanie, starałam się nic nie pić słodkiego,skusiła mnie czekolada... znowu to samo... A tu jeszcze okazało się że mąż dostał pracę w Holandii, więc odnowienie mieszkania (pomalowanie na biało), spakowanie się, przewóz, itd. i wszystko na mojej głowie gdyż mąż miał raptem dwa tygodnie między starą pracą a obecną gdzie jeszcze w międzyczasie jeździł załatwiał sprawy do nowej pracy, razem szukaliśmy mieszkania i szkoły dla córki... A tak na prawdę to wszystko były wymówki by odsunąć od siebie tę myśl... tyle że odstawiłam colę... w końcu tyle mi już napsuła
że choć to zrobiłam dla siebie.

Nowe życie w Holandii oznaczało oczekiwania na załatwienie nowego ubezpieczenia, potem oczekiwanie na karty zdrowia, poszukiwanie lekarza i w końcu w listopadzie mieliśmy pierwszą, rodzinną, zapoznawczą wizytę.Od razu powiedzieliśmy co i jak,mąż dostał zalecenie zgłoszenia się jak zrzuci wagę a ja skierowanie na badania do laboratorium. Badanie które niestety potwierdziło to, co tak bardzo nie chciałam usłyszeć... cukrzyca...
Jestem cukrzykiem typu 2, czyli z cukrzycą nabytą, na tabletkach (o tyle szczęście) - wyznanie to brzmi dla mnie jak powitanie anonimowych alkoholików na spotkaniach... ale oni mają tyle lepiej że mają takie spotkania, że mają wsparcie ludzi wiedzących przez co przechodzą... Ja mam tylko lekarzy którzy dziwnie do tego podchodzą...
Mój lekarz rodzinny do tej pory dawał mi co miesiąc skierowanie do laboratorium na badanie cukru na czczo i hemoglobiny (HbA1c), dzisiaj dowiedziałam się że moje wyniki są coraz lepsze więc następne skierowanie mam dopiero na maju.
W Polsce i w Niemczech cukrzyk dostaje glukometr gdzie bada się po każdym posiłku,
tutaj lekarz stwierdza: "po co pani, żeby się pani stresowała?", szok... Tym bardziej że w książkach które dostałam od mamy pisze że glukometry to był krok milowy w leczeniu cukrzycy, że dzięki temu iż każdy chory może kontrolować co mu szkodzi a co nie, chorzy żyją dłużej i lepiej... ciekawe... Teraz pozostaje pytanie czy wobec tego medycyna w Holandii jest "do przodu" twierdząc że choremu to niepotrzebne? Może chodzi o oszczędność kas chorych? Choć z drugiej strony ubezpieczenie zdrowotne każdy w tym kraju musi sobie sam opłacać, z tego co netto dostaje na wypłatę, nie tak jak w Polsce i w Niemczech że tego nie odczuwamy bo idzie to z różnicy zarobku naszego zarobku między brutto (czyli zarobku z ubezpieczeniami, jakimiś innymi składkami i podatkiem) a tego co dostajemy na konto (netto). W dodatku są to wysokie składki których kwota jest uzależniona od rodzaju ubezpieczenia (podstawowe, najtańsze ubezpieczenie to wydatek najmniej 90 euro za osobę (dzieci są ubezpieczone za darmo) miesięcznie i obejmuje naprawdę tylko podstawową opiekę lekarską, nawet ubezpieczenie dentystyczne trzeba opłacać dodatkowo); więc to chyba sprawa każdego z nas czy stać nas czy nie na to? Pozostaje więc chyba jednak rewolucja w medycynie ;)Pożyjemy (albo i nie) - zobaczymy (albo i nie ;) ).

W każdym razie mam wyniki coraz lepsze to chyba jakoś daję sobie radę bez glukometru, choć z drugiej strony łatwiej było by mi było gdyby mnie wyniki straszyły po tym jak nagrzeszę i zjem to co zjeść nie powinnam ;)
Ktoś zapytałby czemu nie kupię sobie glukometru... otóż kupiłam... taki jak był w aptece, kosztował tylko 10 euro, ale już sensory (paski) do niego kosztują 65 euro za 50 sztuk... nie zapytałam w dniu zakupu, zachęcona tym że niska cena i ze w końcu będę mieć ten magiczny sprzęt. Cóż... nie pomyślałam że niską cenę glukometru zrekompensują sobie wysoką ceną innych rzeczy, a niby handlowiec z wykształcenia jestem, ech.
I tym optymistycznym akcentem zakończę dzisiejszy monolog, szczęśliwa jednak że jest lepiej niż gorzej ;)

niedziela, 21 lutego 2010

Sklepowe podziemie

Mąż dostał w pracy namiary na "super sklep z odzieżą" gdzie wejście jest zarezerwowane tylko dla pracowników wybranych firm branży IT. Koledzy mówili że są tam ubrania z poprzednich sezonów, sporo tańsze niż w sklepach.
We mnie, klasycznej kobiecie obudził się zew łowów, jak zawsze gdy słyszę że coś super można kupić taniej ;)
I niestety tym razem okazało się że mity o czymś ekstra za małe pieniądze pozostają dalej mitami.
Zaczniemy od tego w jaki sposób tam trafić, adresu ani konkretnych namiarów nie podam gdyż nie wiem czy w ogóle mogę. Mąż dostał maila gdzie była mapka jak tam trafić, z napisaną ulicą główną (na tej mapce), ale bez konkretnego adresu, ani nawet numeru telefonu. No ale nic, jedziemy pociągiem to poradzimy sobie. Trafiliśmy w końcu na tą ulicę z mapki i szukamy trzecią ulicę od ronda. Tylko czy te malutkie wjazdy między bloki się też liczą czy raczej nie? Okazało się że się liczą. Sklep (ciężko go w sumie tak nazwać), nie oznaczony z zewnątrz żadnym znakiem że to w ogóle tutaj, znaleźliśmy go tylko dlatego iż staliśmy koło klatki (tak, dobrze piszę, znajdował się w niskim bloku) gdzie wchodzili akurat ludzie, i nad piwnicą był znak sklepu. Tak, w piwnicy.
Sklep okazał się magazynem firmy G-star Raw, na wejściu klientów wita ochrona, sprawdza czy mamy prawo wejścia, każe torbę i torebki zapakować do szafki, podbija wejściówkę którą trzeba oddać przy kasie.
Na półkach leży narzucanych pełno spodni dżinsowych, raczej w takim modnym stylu: z dziurami, poobcieranymi, itp. No akurat nie w naszym stylu... w rozmiarówce też nie. No nic, planowaliśmy spodnie dla męża, ale on preferuje styl prosty, bez takich udziwnień. Przegląd swetrów okazał się już lepszy, wzięliśmy cztery dla męża do przymierzalni i pomimo tego że swetry były rozmiaru XXL a mój mąż jest z brzuszkiem ale jeszcze nie jest najgrubszy, idealny dla niego okazał się jeden sweter. Choć tyle. No i jeśli chodzi o sprawy zakupów dla męża, to się na tym skończyło bo bluzy były robione z takiego materiału że na polskim targu od chińczyka lepsze kupimy (może w praniu są trwalsze, nie wiem... nie zdecydowaliśmy się kupić).
Teraz mając za sobą małżeński obowiązek dbania o męża, poszłam na damskie ubrania z zamiarem kupienia sobie cokolwiek ładnego a już najbardziej kurtki. Ja również jestem z tych co jest mnie raczej więcej niż mniej, więc widząc że rozmiary damskie kończą się na XL cieszyłam się że cokolwiek większego jest. Podchodząc jednak do wieszaków z takim rozmiarem widziałam kobiety szczupłe które tam przeglądały odzież i już zwątpiłam... po przeglądzie zawartości wieszaków wiedziałam że ich XL daleko odbiega od mojego :(
Ubrań dla dzieci w ogóle nie mieli, więc i córka zawiedziona, ale co zrobić...
Wyszliśmy ze swetrem za 35 euro, który wg. oryginalnej metki przedtem kosztował 99,90 euroków.
Podsumowując: nie rozumiem tego chowania się po piwnicach, kart wstępu tylko dla wybrańców ;) skoro ubrania w takich samych przecenach można kupić co najmniej dwa razy w roku na koniec sezonu letniego i zimowego.
Prawdą jest że może jakbyśmy się ubierali w tym stylu lub być może jakbyśmy byli dużo szczuplejsi to być może nasza reakcja była by inna, w końcu Ci inni ludzie wyglądali tam jakby byli w gorączce zakupów... nie wiem... wiem jednak że tam już nie pojedziemy, wolę tradycyjne sklepy.
Koniec końców zostałam bez kurtki... a to oznacza poniedziałkowe polowanie po sklepach - to tak na poprawę nastroju ;)

sobota, 6 lutego 2010

Szkoda...

...że nie ma czegoś co zapisywało by nasze myśli, coś jak dyktafon czyli oczywiście kiedy chcemy a nie cały czas :) O, np. dzisiaj... sprzątam sobie te moje trzy piętra, w sumie 140 metrów kwadratowych i mam taki natłok mysli i pomysłów że chętnie zatrzymałabym je na dłużej, ale wystarczy że usiądę do laptopa i już mam pustkę jak u przysłowiowej blondynki. A w końcu szatynką jestem ;)
W Holandii właśnie takie jest najpopularniejsze budownictwo, czyli domki szeregowe. Wąskie i wysokie. Na każdym piętrze jeden - dwa pokoje. My podzieliliśmy jeden długi pokój na dwa węższe bo i ciężko sensownie zagospodarować taki długaśny pokój i zawsze to więcej takiej bardziej prywatnej przestrzeni dla siebie.
W ogóle to nasz dom projektował ktoś o dziwnym poczuciu humoru, pralnie mamy na samej górze... Okna są duże, ale tylko jedno malutkie w każdym pokoju się otwiera, więc żeby umyć okna z zewnątrz trzeba zamawiać firmę zajmującą się właśnie myciem okien. Gdzie ja tam jeszcze niedawno bym pomyślała że ktoś mi okna będzie myć, szkoda że tylko na zewnątrz ;)
Tak wygląda ulica na której mieszkam: